Pierwszy wspólny wyjazd mieszkańców DPS w Sułkowie

2025-11-28

Pierwszy wspólny wyjazd mieszkańców DPS w Sułkowie

Podróż, która zaczęła się od jednego zdania.

W Domu Pomocy Społecznej w Sułkowie czas ma swój własny rytm. Przez lata pracy nauczyliśmy się go słuchać. Tych samych kroków na korytarzu, cichego stukania filiżanek, spojrzeń, które mówią więcej niż słowa. Z biegiem lat relacje z mieszkańcami przestały być tylko częścią obowiązków. Stały się codziennością. Bliskością. Możliwością poznania drugiego człowieka nawet w najdrobniejszym skrawku jego historii.
To właśnie w jednej z takich zwykłych rozmów wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło nasze myślenie. Padło zdanie wypowiedziane spokojnie, bez żalu, jakby mimochodem. Potem kolejne. Okazało się, że nasi mieszkańcy nigdy nie byli na wakacjach. Nigdy nie spali w hotelu. Nigdy nie pojechali gdzieś tylko po to, żeby zobaczyć świat z innej perspektywy. Ta świadomość zabolała bardziej, niż można było się spodziewać. Tak wspaniali ludzie, pełni ciepła, humoru i godności, nigdy nie doświadczyli czegoś tak prostego.
Wtedy pojawiła się wewnętrzna niezgoda. Cicha, ale bardzo silna. Od słów przeszliśmy do czynów. Postanowiliśmy to zmienić. Wspólnie zaplanowaliśmy podróż do Wrocławia.

Dwudziestego piątego listopada ruszyliśmy w drogę. Pięcioosobowa grupa wyglądała jak mała rodzina. Do plecaków trafiły ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy, ale było w nich też coś więcej. Była ciekawość, entuzjazm i odrobina niepewności. Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę w Maczku. Ten drobny rytuał wywołał szczere uśmiechy. Bo nawet najprostsze tradycje potrafią dać poczucie bezpieczeństwa i wspólnoty.
Do hotelu Polonia dotarliśmy wczesnym popołudniem. Chwilę później wyszliśmy na pierwszy spacer. Wrocławski Rynek pulsował światłami Jarmarku Bożonarodzeniowego. Powietrze pachniało cynamonem i zimą. Magia była wszędzie. Pani Jadzia szła przez rynek z błyskiem w oczach, jakby na moment cofnął się czas. Panowie towarzyszyli jej z dumą i troską. Patrząc na nich, trudno było nie poczuć wzruszenia.
Wieczorem zasiedliśmy razem przy grach. Emocje powoli opadały, ale śmiech wypełniał pokój. Pani Jadzia bezlitośnie wygrywała kolejne partie Uno, śmiejąc się tak szczerze, że nikomu nie przyszło do głowy się obrazić. W takich chwilach znikały role i tytuły. Zostawała radość bycia razem.

Drugiego dnia zanurzyliśmy się w świecie sztuki. Panorama Racławicka onieśmieliła swoją monumentalnością i wyciszyła wszystkich. W Muzeum Narodowym czas jakby zwolnił. Pan Krzysiu i Pan Wiesiu, nierozłączni przyjaciele, rozmawiali o świętach, dawnych latach i o tym, jak niewiele potrzeba, żeby poczuć szczęście. Po muzeach był wspólny obiad w Grecos, a później jarmark i gorąca zimowa herbata, która ogrzewała dłonie i serca.

Trzeciego dnia odwiedziliśmy Hydropolis. Woda, światło i przestrzeń opowiadały historie, które każdy odbierał po swojemu. Zachwyt był cichy, skupiony. Na koniec zasiedliśmy w Petit by Herman. Serniki baskijskie okazały się wyjątkowe. Jedliśmy je powoli, jakby każdy chciał zatrzymać tę chwilę jeszcze na moment.

Droga powrotna do Sułkowa była cicha. Nie było w niej smutku ani rozczarowania. Było zmęczenie i myśli, które układały się w głowie. Gdy zapytaliśmy, jak było, odpowiedź przyszła natychmiast. Uśmiechy, błyszczące oczy i słowa wypowiedziane z przekonaniem. Było wspaniale. Wtedy narodziła się myśl, której nie dało się już zagłuszyć. To nie był ostatni wyjazd. To był początek. Pojawił się apetyt na więcej.

Na końcu trzeba powiedzieć jedno. Ta podróż nie wydarzyłaby się bez osoby, która była obok przez cały czas. Wsparcie, zaangażowanie i wiara w to, że się uda, nawet gdy pojawiały się wątpliwości, były bezcenne. Za to należy się ciche, ale bardzo szczere dziękuję.

Bo czasem wystarczy dać komuś szansę wyjechać, żeby przypomnieć mu, że świat nadal na niego czeka.



Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zobacz więcej
Akceptuj